ZAGÓRKI - ZBYSZEWO
Zagórki – wieś sołecka licząca 211 mieszkańców (31.12. 2010) położona jest około 7 km w kierunku południowo-zachodnim od Słupska. Przez wieś przebiega droga prowadząca w kierunku wschodnim do głównej drogi Słupsk – Suchorze, oddalonej od wsi około 1,5 km. Na południowy zachód prowadzi do Zbyszewa.
do pobrania:
• pobierz (155kb)
• pobierz (32kb)
Po zachodniej stronie w odległości 1 km od Zagórek przebiega linia kolejowa relacji Słupsk-Miastko. Miejscowość otaczają pola uprawne. teren na którym znajduje się wieś jest płaski. W skład sołectwa wchodzi również Zbyszewo liczące 10 mieszkańców (30 czerwca 2009). Wieś, położona w południowo zachodniej części Gminy Kobylnica w odległości około 1 km od Zagórek, oddalona jest od ważniejszych szlaków komunikacyjnych. Z najbliższymi wsiami połączona jest drogami gruntowymi. W kierunku południowym z Wrzącą (3 km), w kierunku północno zachodnim z Korzybiem (5 km). Około 1 km na zachód przebiega linia kolejowa Słupsk-Miastko. Wieś otoczona polami uprawnymi, teren wokół wsi pagórkowaty. Większe kompleksy leśne znajdują się w odległości kilkuset metrów od strony południowo-zachodniej. Zbyszewo jest wsią zanikającą.
SOŁTYS
Pani Agata Horodiuk
Zagórki 6
76-251 Kobylnica
RADA SOŁECKA
Pan Waldemar Skóra
Pan Henryk Pepliński
Pan Patryk Greber
Pani Dorota Stasiuk
Sołectwo zostało założone w 1952 roku. Swoim obszarem obejmuje wioski Zagórki i Zbyszewo. Siedzibą organów sołectwa są Zagórki. We wsi sklep spożywczo przemysłowy i gospodarstwo wielko towarowe.
Pałac rodziny von Boehn i park dworski w Zagórkach z początku XIX wieku. Zespół dworsko-parkowy i folwarczny w Zagórkach składa się z trzech części: dworsko-parkowej, gospodarczej oraz mieszkalnej robotników folwarcznych. Część dworsko-parkowa zajmuje północno-zachodnią stronę założenia. Po stronie południoweji wschodniej otacza ją zespół obiektów gospodarczych, po stronie południowej przestrzeń podwórza folwarcznego zamyka położony na skraju parku dwór, od podwórza jest on jednak oddzielony parkanem. Część gospodarcza położona jest po południowo-wschodniej. Od strony południowej otacza ją droga wiejska , od południowego zachodu dwór i park, a od północy ogranicza droga polna, dalej zaś pola uprawne. Część gospodarczą stanowią stajnia, obora, spichlerz, chlewnia przekształcona w warsztat, magazyn, stodoły, studnia, silos, garaż i pomieszczenie z piecem chlebowym. Część dawnych obiektów nie zachowała się.
Park krajobrazowy z pierwszej połowy XIX w i zabudowania folwarczne Zbyszewie.
Zachowana zabudowa gospodarcza pochodzi z czwartego ćwierćwiecza XIX w., powstała prawdopodobnie jak nieistniejąca już gorzelnia, w okresie rozbudowy dóbr przez Otto von Puttkamera seniora. Wśród domów mieszkalnych najstarszy powstał również przed 1900r., pozostałe można datować na pierwsze ćwierćwiecze XX w. Gorzelnia i chlewnia spłonęły podczas działań wojennych w marcu 1945r., dwór otoczony niewielkim parkanem, został rozebrany w kilkanaście lat po wojnie. W skład założenia folwarcznego wchodzą trzy części : rezydencjalna, podwórze folwarczne oraz dawna kolonia mieszkalna robotników folwarcznych. Całość zajmuje teren zbliżony na osi północ-południe, którego część północną i północno-zachodnią zajmuje park, centralna - folwark, a południową - kolonia mieszkalna. Główną oś kompozycji zespołu stanowi biegnąca od południa droga z Korzybia, która przecina kolonię domów, podwórze gospodarcze i kończy swój bieg w miejscu, gdzie usytuowany był pierwotnie dwór. Część rezydencjalna składała się pierwotnie z usytuowanego na granicy parku i podwórza dworu i krajobrazowego parku. Dwór znajdował się na jego południowym skraju, frontem skierowany był na południe ku podwórzu gospodarczemu. Niewielki teren na południowy zachód od dworu zajmował kiedyś sad. Część gospodarcza składa się z dwóch czytelnych podwórzy gospodarczych - wschodniego i zachodniego. Kolonia domów mieszkalnych robotników folwarcznych zachowała się szczątkowo, z istniejących pierwotnie ośmiu domów zachowały się cztery. Budynki te usytuowane były liniowo, po obu stronach drogi z Korzybia, na tyłach znajdują się przydomowe budynki gospodarcze. Na terenie zespołu nie zachowały się pierwotne ogrodzenia. Zespół charakteryzuje brak dominanty architektonicznej.
Nazwa niemiecka wsi Sagerke, zmieniona w latach 1937-1945 na Brackenberg. Nazwa wsi jest nazwa topograficzną, a pochodzi od wyrażenia przyimkowego „za górką’. Zagórki posiadają dawny rodowód, w zachowanym liście lennym z 1529 r. stwierdza się, że zamieszkiwała tam wówczas rodzina Boehn, która była właścicielem miejscowości od 1470 r. W 1529 r. właścicielem Zagórek był Georg Boehn. W danych zapisach wymienia się dwie części wsi: Zagórki. Jedną z nich sprzedano w 1659 r., a nabywca był von Below. Pozostała część wsi nadal należała do rodziny von Boehn. W 1717 r. wieś należała do Feliksa Lorenza von Boehn oraz Joachima Feliksa von Below. W Zagórkach było wówczas trzech gospodarczy i trzech kasetów. W 1746 r. Georg von Boehn odkupił kupił od Belowów część Zagórek wówczas obydwie części znalazły się ponownie w rękach rodziny Boehn. W 1784r. we wsi był folwark, pięciu gospodarczy, dwóch kosetów i nauczyciel oraz 17 chałup. Na początku XIX w. właścicielem wsi był Georg Ludwig von Boehn, a od 1846 r. jego syn Aleksander. Kolejny właściciel w latach 1882-1916 to syn Georga Ludwika Nikolaus von Boehn. W 1892 r. do folwarku należał obszar 661 ha, w tym 277 ha pół i sadów, 38 ha łąk, 255 ha pastwisk i 145 ha lasów, zaś stan inwentarza to 40 koni, 80 sztuk bydła, 300 owiec oraz 200 sztuk trzody chlewnej. Na przełomie XIX i XX w. Zagórki dzierżawił przez okres około 30-tu lat Otto Puttkamer z Wrzącej. Zamieszkiwał on w tym czasie w Zagórkach, zanim nie odziedziczył folwarków Wrząca i Zbyszewo. W 1914 r. do folwarku należał obszar 677 ha, w tym 278 ha pół i sadów, 39 ha łąk, 40 ha pastwisk, 316 ha lasów oraz 4 ha jezior. Stan inwentarza zwierząt hodowlanych to: 28 koni, 118 sztuk bydła, 31 owiec, 43 sztuk trzody chlewnej. Od 1914 r. do 1945 r. właścicielem wsi by Ernest von Boehn. Powiększył on majątek z 660 ha do 1009 ha drogą kupna łąk i ziemi uprawnej. W 1920r. do folwarku należał obszar 689 ha, w tym 288 ha pół i sadów, 40 ha łąk, 40 ha pastwisk, 317 ha lasów oraz 4 ha jezior, zaś inwentarz żywy liczył 40 koni, 80 sztuk bydła, 120 owiec, 40 sztuk trzody chlewnej. Po II wojnie światowej w Zagórkach utworzono Państwowe Gospodarstwo Rolne, na początku lat dziewięćdziesiątych, przejęła je Agencja Własności Rolne Skarbu Państwa w Koszalinie. Domy mieszkalne sprzedano byłym użytkownikom.
Wieś nazywano w języku niemieckim Reinholdsfelde. Dzieje folwarku, a potem majątku w Zbyszewie związane były od jego powstania aż do 1945 r. z dobrami rycerskimi w pobliskiej Wrzącej. Od połowy XVIII w. były one własnością rodziny von Krockow. W 1773 r. ówczesny właściciel majątku Joachim Reinhold von Krockow, za pieniądze uzyskane ze skarbu królewskiego, założył nowy folwark, W 1811 r. dobra dzierżawił Christian Eggert Neumann. W połowie XIX w. następowały częste zmiany właścicieli majątku we Wrzącej i w Zbyszewie. W 1861 r. rodzina von Krockow sprzedała posiadłości Zbyszewo, nabywcą był Heinrich Freichel. Po 1870 r. władała nimi rodzina von Blumensthal, a wkrótce potem Wrząca i Zbyszewo, o skomasowanej powierzchni 3000 mórg, nabył Heinrich von Puttkamer. Rodzina von Puttkamer była właścicielem dóbr do 1945 r. Po Heinrichu przejął ją syn Otto von Puttkamer, kapitan i radca ziemski, po niej zaś jego syn również Otto von Puttkamer. W 1892 r. Zbyszewo występuje jako samodzielny majątek o łącznej powierzchni 313 ha, w tym 214 ha stanowiły pola uprawne, 25 ha łąki, 64 ha pastwiska oraz 10 ha lasy. Hodowla obejmowała 14 koni, 50 sztuk bydła i 450 owiec. Funkcjonowała gorzelnia. W 1914 r. powierzchnia Zbyszewa wynosiła 345 ha, w tym 256 ha pól uprawnych, 50 ha łąk, 15 ha pastwisk i 24 ha lasu. Hodowano 16 koni i 110 sztuk bydła. Majątek był zelektryfikowany, energię elektryczna czerpano z elektrowni wodnej w Biesowicach. Przed1939 r. łączna powierzchnia majątków we Wrzącej i w Zbyszewie wynosiła około 750 ha, w Zbyszewie istniało 9 domów robotników folwarcznych. Dwór zamieszkiwał rządca Teschke. 10 marca 1945 r. wieś zajęła Armia Czerwona. Wkrótce potem majątek został upaństwowiony i włączony w strukturę Państwowego Gospodarstwa Rolnego jako folwark podległy gospodarstwu w pobliskich Zagórkach. W początku lat 90-tych folwark przejęty został przez Agencje Własności Rolnej Skarbu Państwa.
Któregoś dnia postanowiłam pozwiedzać okolicę. W Łosinie na krzyżówce skręciłam w kierunku na Barcino. Dwa kilometry za Kuleszewem zobaczyłam kierunkowskaz na Zagórki. Nigdy tam niw byłam. Nazwa wsi bardzo mnie zaintrygowała. Zagórki - za górkami, jak to, jakimi? Postanowiłam zobaczyć.
Od szosy prowadzącej do Barcina w prawo skręcała droga. Obsadzona była po obu stronach starymi lipami. Przed wjazdem do wsi, wiodły z obydwu stron wymurowane kamienne murki. Odniosłam wrażenie, że jadę do starego dworku. Faktycznie we wsi jest bardzo ładny pałacyk. Dość zniszczony, ale piękny. Zachował się przy nim park w stylu romantycznym. Zarósł obecnie mocno. Zdziczałe krzewy tworzą gęstwinę. Nad ładnym, rozległym, choć zamulonym stawem słyszę tajemniczy szept za plecami „odnajdź głaz”… „odnajdź głaz”…
Obejrzałam się. Nikogo nie było, tylko wiatr powtarzał szeleszcząc cicho w uschniętych trawach „odnajdź głaz”…
Zaczęłam szukać sołtysa by zaprowadził mnie. W odległości około trzech kilometrów od Zagórek, koło leśnego parkingu, wiodła droga do żwirowni. Szliśmy około kilometra. Skręciliśmy koło wycinki w prawo.
Weszłam w inny świat. Do tej pory las był równinny. Sośnina z jagodowo - borówkowym runem wyrastającym z mszanych kobierców. Gdzieniegdzie wykroty po wywróconych drzewach. Młode dęby i graby niedawno nasadzone zabezpieczone przed gryzoniami.
Tutaj widać było jak szedł jęzor lodowca. Wysokie wzgórza poprzecinane jarami. Na zboczach rosły strzeliste sosny i świerki. Mech rósł plamami. Leżało mnóstwo sosnowych i świerkowych szyszek. Poczułam się jak w górach. Nawet powietrze zmieniło zapach.
Wysoko, na wzgórzu po prawej stronie zobaczyłam głaz. Wspinałam się zapatrzona w kolosa. Był niesamowity. Wciśnięty głęboko w ziemię przypominał nieregularny pięciokąt. Obchodziłam go wokoło. Na dole miał około dziewięć i pół metra obwodu, a u góry około dziewięciu. Wystawał nad ziemię prawie dwa metry. Wyglądał jak menhir wciśnięty głęboko w ziemię węższym końcem.
Po stronie północnej spod mchu ku dołowi widać było nacieki. Dotknęłam ich opuszkami palców. Poczułam drżenie. Dreszcz przeszedł mi wzdłuż pleców. Świat zmienił się. Ujrzałam pałacyk z Zagórek, ale jakże inny.
Na jasnożółte ściany padały promienie wiosennego słońca. Na pojeździe stał mały czarny powozik. Dwa piękne konie na przemian parskały i stukały podkowami o bruk. Bardzo się niecierpliwiły.
Na gazonach kwitły pierwsze tego roku przebiśniegi i szafrany. Radosny świergot ptaków słychać było z parku. Stary ogrodnik grabił z trawników resztki zeszłorocznych liści. Wszędzie ład i porządek. Wszystko wskazywało na troskliwego gospodarza. Przed domem był piękny żywopłot z dzikich róż. Układał się on w kształt kwadratowego labiryntu, a w środku stała huśtawka z ażurowym baldachimem. Siedziała na niej młoda, piękna dziewczyna, o kruczoczarnych włosach. Słońce mieniło się w nich przypominając kolorowy brokat. Cerę miała jasną, przyozdobioną rumieńcami na policzkach.
Pogrążona była w myślach. Odpłynęła gdzieś daleko wzdychając raz po raz. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest zakochana.
W pewnej chwili drzwi pałacyku otworzyły się. Wyszło dwóch mężczyzn. Jeden starszy siwiejący, dostatnio ubrany. Drugi niski, łysy, gruby o nalanej twarzy. Rozbiegane świńskie oczka patrzyły przenikliwie na młodą pannę. W oślinionych wargach trzymał grube cygaro. Samym swoim wyglądem wzbudzał odrazę.
- Heleno, córko moja, właśnie odbyłem rozmowę z panem Helmutem Krogel. Właśnie poprosił mnie o twą rękę. Chciałbym wiedzieć, co o tym myślisz?
Dziewczyna z przerażeniem spojrzała na ojca.
- Ojcze czy mogę dać odpowiedź za jakiś czas? Wszak małżeństwo to nie wzięcie szczeniaka. Muszę to głęboko przemyśleć.
Ojciec spojrzał surowo na córkę i odezwał się w te słowy:
- Oczekuję odpowiedzi najdalej za dwa dni. Proszę dotrzymaj panu Helmutowi towarzystwa - poczym oddalił się rozgniewany w stronę dworu.
- Witaj śliczna panno, wiele słyszałem o tobie - odezwał się pryskając śliną. W górnej szczęce brakowało mu dwóch zębów, w lukę tą doskonale wpasowało się cygaro. Z jego ust wydobywał się okropnie nieprzyjemny zapach.
Adam. Wysoki, smukły, jasnowłosy. Swoim śmiechem rozjaśniał dzień. Jakże przyjemnie było razem galopować konno po okolicznych lasach. Spacerować po parku. Grać na fortepianie, a on słuchał oczarowany lub wtórował tenorem. Jak odpowiedzieć ojcu? Jego wola jest przecież święta.
Gdyby matka żyła to może by zrozumiała, co działo się w jej sercu.
- Witaj panie Helmucie, - odrzekła zachowując dystans, przytykając do nosa perfumowaną chusteczkę.
- Słyszałam o panu dużo. Myślała przy tym o niezliczonych skandalach, których był bohaterem. Jakże ogromne różnice były między ojczymem i pasierbem. Tak, jak gorąco pragnęła Adama, tak samo głęboko nienawidziła Helmuta. Jak tu wziąć ślub? Jak mieć dzieciak tu wziąć ślub? Jak mieć dzieci?
- Pan pozwoli, że się oddalę. Chyba będę miała migrenę. Do widzenia! Skinęła głową i spiesznie odeszła do domu. Gdy zamknęła drzwi do swojego pokoju padła na łóżko. Do późna słychać było jej szloch.
Nadszedł ranek. Helena zeszła na podjazd. Czekał już na nią przyprowadzony przez stajennego koń. Ruszyła przed siebie. Nie wiedziała gdzie jedzie. Właściwie to koń wiódł ją gdzie chciał.
Jej twarz była smutna. W piersi czuła ogromny ciężar. Nieobecnym spojrzeniem patrzyła przed siebie.
Koń zatrzymał się. Długo stał niezdecydowany, Wreszcie dziewczyna powoli zsiadła. Podeszła do ogromnego głazu. Objęła go ramionami i wybuchła szlochem. Długo żaliła się płacząc. Wreszcie znużona zasnęła.
Przyśniła jej się matka. Drobną dłonią głaskała po włosach. Szeptała słowa pociechy. Helena tuliła się do jej kolan. Zwierzała ze strasznego koszmaru.
W pewnej chwili poczuła lekki dotyk. Śniła, że matka budzi ją karząc wrócić do domu. Otworzyła oczy. Zobaczyła, że to gałązki młodego świerka potrącają ją lekko, kołysząc się na wietrze. Była wyziębiona. Słaniając się doszła powoli do pasącego się opodal konia. Udało jej się go dosiąc.
Wróciła do domu. Był pusty. Wszyscy wyruszyli szukać jej. Nikt nie wiedział gdzie pojechała. W kuchni stara kucharka szykowała wieczerzę.
Wyczerpana nie rozbierając się padła na łóżko. Zasnęła wyczerpana. Ciałem wstrząsały dreszcze. Gorączka wzbierała na sile. Helena zaczęła majaczyć. Wezwany rankiem medyk stwierdził, że ma zapalenie płuc. Nie dawał wielkiej nadziei ojcu, że przeżyje.
Tymczasem Adam dowiedział się o ciężkiej chorobie ukochanej. Wskoczył na konia. Pognał galopem do dworu. Nie zdążył. Helena zmarła. Zrozpaczony wracał przez las. Jego koń zatrzymał się obok tego samego głazu, co Heleny. Zsiadł. Załamany opadł na kolana. Długo szlochał. Jego łzy spadały na kamień. Dał się słyszeć suchy trzask. Po nim drugi i trzeci i kolejne. Tworzyły się szczeliny. To kamień pękał z żalu za parą kochanków.
Tu powróciłam do rzeczywistości. Stałam zmarznięta opuszkami palców dotykając głazu. Strzeliste sosny śpiewały szumne pieśni obłokom. W tym miejscu gdzie płakał Adam, pozostały nacieki. Przypominają zupełnie ślady łez. Zaraz obok, w miejscu gdzie leżała Helena, u podnóża głazu, do dnia dzisiejszego istnieją pęknięcia. Będą istnieć zawsze. Będą przypominać o Adamie i Helenie. O ich miłości. Niepotrzebnej śmierci. O dawnych zwyczajach obecnie tak mało zrozumiałych.
(Jolanta Nitkowska-Węglarz)
W Zagórkach znajduje się ogromny głaz narzutowy, który został wpisany do rejestru pomników przyrody. Takie kamienie kochają łowcy bajek. Wystarczy w słoneczny dzień przysiąść w pobliżu niezwykłego kamienia, a bajki wymykają się spod niego, jedna za drugą z nadzieją, że je ktoś ze sobą zabierze i zaniesie do dzieci. Poklepałam kamień po głowie i zapytałam:
Deszcz tego dnia nie padał, a ja nagle poczułam na dłoni kroplę wody. To kamień uronił na moją dłoń łzę. Patrzyłam na łzę zaciekawiona, a wtedy przybiegła do mnie bardzo smutna baśń.
W Zbyszewie, blisko drogi mieszkał marynarz, który co roku wiosną wędrował do Gdańska, mustrował się na statek i ruszał w świat, szukając szczęścia . Wracał do domu późną jesienią, gdy deszcze i wichry szalały na południowym wybrzeżu Bałtyku. Marynarz był człowiekiem niecierpliwym i w jednym miejscu usiedzieć nie potrafił. Ledwo zima odchodziła za morze, już pakował wielki, biały żeglarski worek i ruszał na morze. Mijały zimy, za zimami... Marynarz widział, że dawnym kolegom zmienia się życie, żenią się, przychodzą im na świat dzieci, a on nadal samotny jak palec. Postanowił zmienić ten stan rzeczy i poszukać, gdzieś w dalekim świecie żony. Szukał jej w Szwecji, szukał w Danii, we Francji i zamorskich krajach, ale wymarzonej kobiety z żadnego rejsu nie przywiózł. Czas przyprószył mu włosy siwizną, posmutniał marynarz. Przywoził z dalekich krajów kolorowe cukierki dzieciom sąsiadów , a na pocieszające słowa „i ty będziesz miał swoją rodzinę" tylko kiwał głową. Ale wszystko się zmieniło pewnej niedzieli, gdy na mszy w kuleszewskim kościele zobaczył skromnie odzianą kobietę, która żarliwie modliła się , a w jej oczach był wielki smutek. Marynarz nie mógł oczu oderwać od jej smutnej twarzy. Zauważył jego zaaferowanie ksiądz i po skończonej mszy zaprosił swojego parafianina na plebanię.
- Widzę synu, że smutna Kamila bardzo cię zainteresowała...- zaczął rozmowę ksiądz.- To
bardzo spokojna, pracowita kobieta. Przez wiele lat opiekowała się śmiertelnie chorym
mężem, zapominając o sobie. Pan Bóg uwolnił go od cierpień i dał tej kobiecie nareszcie
odpocząć. Idź do niej, może to jest kobieta dla ciebie przeznaczona!?
- Nie widziałeś synu, bo ona w zamknięciu siedziała, męża doglądając... Mąż zmarł w czasie
żniw, gdy ty na morzu byłeś, więc i o tym nic nie słyszałeś. Kamila to nie podlotek, ale
rozważna niewiasta, której nie dane było szczęśliwe życie. Ona tak samo samotna, jak i ty.
Idź, porozmawiaj z nią.... Zawsze to raźniej we dwoje....
Poklepał ksiądz marynarza po ramieniu i odprowadził go do drzwi. Następnej niedzieli czekał przed kościołem, a kiedy smutna Kamila stanęła przed nim, zatrzymał ją i rzekł:
- Wiele wycierpiałaś w swoim życiu córko, ale teraz może się twój los odmieni... Mieszka
w Zbyszewie marynarz, który samotny, jak ty. Trzeba ,żebyś córko na obiad go zaprosiła,
bo dawno domowego obiadu nie jadł...
Kiedy do kościoła przyszedł marynarz, ksiądz wziął go pod ramię i ku Kamili podszedł.
- Obiecałaś wilka morskiego obiadem podjąć! - powiedział i oddalił się.
Kamila i marynarz wyszli razem z kościoła. Obiad minął tak szybko, a marynarzowi wcale nie chciało się wracać do pustego domu. Kamila nie była gościem znużona, bo opowiadał pięknie o egzotycznych krajach i dziwnych wydarzeniach z dalekiego świata. Kiedy za oknem zaczęło się ściemniać marynarz z ociąganiem pożegnał gospodynię i ruszył do domu. Od tego dnia marynarz coraz częściej myślał o smutnych oczach, które rozjaśniały się na jego widok. Każdą niedzielę, po mszy odwiedzał Kamilę i coraz dłużej opowiadał o dziwach morskiego świata. A kiedy przyszła pora wyjazdu w kolejny rejs, przyszedł się pożegnać:
- Jeżeli i z tego rejsu wrócę szczęśliwie, zaprowadzę cię jesienią do ołtarza! - obiecał.
Kamila zaczerwieniła się i tylko skinęła głową. Czule spojrzała na mężczyznę o posiwiałych
przedwcześnie włosach, który chciał j ą uczynić żoną.
Dobry Bóg pozwolił marynarzowi wrócić szczęśliwie, a kuleszewski ksiądz z radością udzielił ślubu dwójce samotników. Wszyscy sąsiedzi widzieli jak szczęśliwy był marynarz, jak wypiękniała j ego nowo poślubiona małżonka. Oboje cieszyli się z kruchego szczęścia, jakie los im podarował. Spokojnie biegły dni, aż znowu musiał marynarz porzucić dom i ruszyć w świat. Niechętnie opuszczał cichą, pracowitą żonę, która mu wypełniła miłością dom. Wyjeżdżał niechętnie, bo na świat miało przyjść, wymarzone przez obojga, dziecko. Kamila została sama, ale już nie była smutna. Wieczorami szyła wyprawkę dla niemowlaka. Pewnej letniej nocy przyszła na świat córka.. Ochrzczono j ą imieniem Wiktoria, bo była zwycięstwem nad samotnością i rozłąką. Kiedy marynarz wrócił do domu jesienią, przywitało go dziecięce szczebiotanie. Posiwiały mężczyzna rozpłakał się z radości. Oto spełniło się jego marzenie o własnej rodzinie. Wiktoria stała się oczkiem w głowie rodziców. Ojciec przywoził jej z rejsów najpiękniejsze zabawki, stroił ją w sukienki, jakich żadna dziewczynka w okolicy na oczy nie widziała. Wiktoria rosła w przekonaniu, że cały świat jest na jej rozkazy. Wszystkie zachcianki ojciec spełniał bez wahania, a matka pozwalała jej robić co chciała. Wiktoria była piękną i próżną dziewczynką. Zamiast pomagać matce, wołała uciekać nad staw , gdzie przeglądała się w czystej wodzie, podziwiając własną urodę. Zapatrzeni w piękną córkę niemłodzi rodzice nie wymagali od niej niczego, toteż rosła jak księżna wyniosła, leniwa i kapryśna. Ciągle żądała od ojca nowych sukni, wstążek, pantofelków, zamorskich perfum i holenderskich cukierków.
- Przecież wiesz ojcze, że jestem najpiękniejsza w całej okolicy, więc nie mogę w
siermiężnych sukniach chodzić - mówiła. - Poszukaj takiego armatora, który po książęce
szaty płynie i przywieź mi takie suknie, w jakich księżniczki chodzą!
Cóż miał robić marynarz, który poza córką świata nie widział. Pakował swój biały, żeglarski worek i ruszał do Gdańska. Ale im więcej pięknych przedmiotów przywoził, tym bardziej niezadowolona była Wiktoria. Coraz krócej był w domu, wyganiany przez córkę po kolejne świecidełka i szaty. Zmęczenie bardzo szybko zaczęło być jego stałym towarzyszem. Pewnego razu, gdy bardzo zmęczony naciągał podczas sztormu liny, stracił równowagę i runął za burtę. Wysoka fala przechyliła statek i marynarz już spod niego nie wypłynął. Do domu wrócił tylko biały, żeglarski worek. Zrozpaczona Kamila nie mogła się ze śmiercią męża pogodzić. Płakała całymi dniami, ale musiała usługiwać córce, która szybko o śmierci ojca zapomniała:
- Ja jestem młoda mamo, muszę ładnie wyglądać, a ty tylko płaczesz i płaczesz , zamiast
dbać o mnie! Ojciec już nie wróci, więc zajmij się mną!
Potulna matka robiła wszystko, czego sobie kapryśna panna życzyła. Aby spełniać jej zachcianki, całymi dniami pracowała u gospodarzy w Zagórkach. Kiedy wieczorami wracała zmęczona do domu, prosiła:
- Pomóż mi dziecko, bo nie mam siły....
Jednak próżne były prośby. Wiktoria znikała z domu na całe dnie. Przeglądała się w wodzie, szukała okazji do beztroskiej zabawy. Zmęczone matczysko musiało nakarmić zwierzęta, zrobić porządek w ogrodzie, ugotować posiłek. Płakała biedna całymi nocami, żaliła się nieżyjącemu mężowi na córkę , która litości, ni serca nie miała. Rankiem zwlekała się z łóżka i w milczeniu ruszała do pracy. Piękna Wiktoria smacznie spała i nie pozwalała się budzić. Wdowa po marynarzu opadała z sił. Pewnego dnia nie poszła do pracy, bo nie miała siły podnieść się z łóżka:
- Pomóż mi, dziecko... - poprosiła cicho, ale Wiktoria udała ,że nie słyszy.
- Pomóż, mi dziecko... daj mi pić...- błagała matka.
Wiktoria trzasnęła drzwiami i pobiegła nad staw.
Próżno wdowa wołała córkę, która nie miała w sobie miłości bliźniego i litości. Próżno prosiła o podanie wody. Dziewczyna siedziała nad stawem i przyglądała się swojemu odbiciu. Schorowana, opuszczona matka zgasła tak samo cicho, jak żyła. Wiktoria nawet o tym nie wiedziała, bo nie miała zamiaru wracać do domu. Nagle na drodze pojawił się mężczyzna z posiwiałymi włosami. Twarz miał szarą tak samo jak ubranie:
Wiktoria żachnęła się , ale nic nie odpowiedziała. Ruszyła przed siebie. Siwy mężczyzna stał i patrzył dokąd idzie. Wiktoria szła coraz szybciej, ale nie do domu, tylko ku Zagórkom. Kiedy już zbliżała się do wsi, szary człowiek z siwymi włosami znalazłsię obok niej. Wyglądał strasznie. Jego postać wydłużyła się niepomiernie, twarz ściągnął grymas wściekłości. Wyciągnął długie ręce w stronę Wiktorii i dudniącym jak grzmot głosem wykrzyczał:
- Niewdzięczna córko, nie masz litości, ni miłości w sobie! Nigdy nie pomogłaś nikomu,
zostawiłaś matkę w chwili, gdy bardzo cię potrzebowała. Za takie postępowanie spotka cię
kara - bądź przeklęta! Zamienisz się w zimny głaz, który stać będzie przez wieki przy
drodze i przypominać ludziom, że każde dziecko, które nie okaże rodzicom wdzięczności,
pomocy i serca czeka zasłużona kara. Tak jak łzy twojej matki wyryły bruzdy na jej twarzy,
tak deszcz musi wyryć bruzdy w kamieniu. Kiedy te bruzdy spowodują, że kamień pęknie
na dwie części, wtedy dusza twoja zostanie wyzwolona z pokuty!
W tej samej chwili znikła dziewczyna, a pojawił się ogromny głaz. Po szarym człowieku nie został nawet ślad. Wielu ludzi widziało, że kamień roni łzy, ale czas pokuty jeszcze długo się nie skończy. Wielki głaz przypomina dużym i małym dzieciom, że pomoc rodzicom, dobre słowo i miłość są ich powinnością. A kto pomagać nie chce i litości w sobie nie ma, ten na karę zasługuje.




















