Zwązek Powiatów PolskichPomorskie w UniiProgram Rozwoju Obszarów Wiejskich

jesteś w:Tu mieszkam » Widzino

wybierz miejsce:

aktualizacja: 14 września 2011 (Środa) , 13:32

WIDZINO

WIDZINO
powiększ

Wieś sołecka granicząca z Kobylnicą od jej południowo zachodniej strony, położona jest wzdłuż rzeczki Kamieniec i przy trasie linii kolejowej Słupsk - Szczecinek z przystankiem Widzino.

do pobrania:

pobierz
Statut sołectwa Widzino
• pobierz (154kb)

pobierz
Uchwała w sprawie zmian w Statutach Sołectw Gminy Kobylnica
• pobierz (32kb)

Zamieszkuje ją 534 mieszkańców (31.12.2010r). Na południe od wsi rozciąga się farma wiatrowa. Nieopodal nieduże jezioro dzierżawione przez Koło PZW „Plasmet” Widzino będące miejscem licznych zawodów wędkarskich.

SOŁTYS
Pan Jarosław Piątek  

Widzino, ul. Kolejowa 10    
76-251 Kobylnica


RADA SOŁECKA

Pan Jacek Kantowski

Pan Michał Kaczmarczyk

Pani Grażyna Piątek

Pani Maria Szajner

Sołectwo zostało założone w 1952 roku. Jego obszar obejmuje wieś Widzino, która jest siedzibą organów sołectwa. We wsi zakład produkcji elementów tłoczonych oraz produkcji tłoczników dla przemysłu motoryzacyjnego „Plasmet”, Tartak - Zakład Stolarski „Cerber” (stolarstwo ogólne, podłogi, boazerie, schody, więźby dachowe), kilka wielkotowarowych gospodarstw rolnych uprawiających ziemniaki i zboża, dwa sklepy ogólnospożywcze. Na terenie sołectwa działa Świetlica Wiejska.

Rys historyczny

Nazwa niemiecka miejscowości Veddin. Widzino jest jedną z najstarszych wsi Pomorza Słupskiego. Po obu stronach przepływającej przez wieś rzeczki od najdawniejszych czasów istniały zagrody chłopskie.  Pierwsze zapisy dotyczące miejscowości pochodzą z 1281r. Wówczas to książę gdański Mszczuj nadał wieś Vidino, jako uposażenie klasztorowi norbertanek w Słupsku. W okresie przynależności ziemi słupskiej do Pomorza Gdańskiego (1266-1317) w Słupsku założono dwa klasztory. Fundatorem obydwu był książę Mszczuj II. Klasztor żeński reguły norbertańskiej był drugą z założonych placówek zakonnych. Dyplom fundacyjny klasztoru norbertanek z 1281r. jest załącznikiem do dokumentu księcia zachodniopomorskiego Warcisława IV wystawionego w 1323r. dla opata z Białoboków i konwentu żeńskiego w Słupsku. Stanowi on o przekazaniu opatowi i braciom opactwa prawa zarządzania i poboru dochodów z uposażeń należących do XIII-wiecznych kościołów słupskich. Z dokumentu wynika, że w skali uposażenie klasztoru św. Mikołaja w Słupsku, przy którym miał powstać klasztor norbertanek, wchodziło między innymi Widzino. Nadane norbertankom dobra ziemskie z wodami, rzekami, lasami i łąkami zwolnione zostały od wszystkich uciążliwości prawa książęcego. Wolne miały być również od służb i opłat celnych, które odtąd zostały przyznane klasztorowi. Na podstawie odtworzonego nadania dla norbertanek wolno przypuszczać, że uposażenie kościoła św. Mikołaja przed przekazaniem go siostrom stanowiły dziesięciny z Widzina. Norbertanki przybyły do Słupska po 1281r. z macierzystego klasztoru w Trzebiatowie. Był to okres, kiedy na Pomorzu Słupskim istniała jeszcze silna, wielka własność książęca,  następował szybki wzrost majątków duchowieństwa diecezjalnego i zakonnego. Od początku XIII w. wzrastała własność ziemska miast. Uległo też znacznemu powiększeniu. uposażenie żeńskiego klasztoru obejmujące Widzino, Wiklino, Skórzyno i Smołdzino. Już w 1285r. fundator przekazał siostrom pięć następnych wsi. A w konfirmacji biskupa gnieźnieńskiego Jakuba z 1294r. zostały wymienione kolejne nowe wsie: Lubuń, Stanięcino, Objazda i Żelazo. Dopiero podczas reformacji, dobra kościelne przejął Bogusław X. Wówczas powstał również w Słupsku Urząd Szlachecki, który został zachowany podczas przynależności Pomorza do Brandenburgii, a rozwiązano go dopiero po uwolnieniu chłopów w 1810 r. W dokumentach tej instytucji z 1732 r. można znaleźć nazwiska ówczesnych mieszkańców Widzina. Są wśród nich sołtys Jochem Albrecht, chłopi Mattheus Villmow, Hans Albrecht, Jürgen Müller, Hans Villmov, Jacob Sackseffsky, Erdmann Müller, Jochem Dmocke, Johan Albrecht, Hans Albrecht oraz właściciele domów bez gruntu. W Widzinie zamieszkiwało wówczas dziesięciu rolników i dwóch właścicieli domów bez ziemi, kowal i nauczyciel. W 1784 r. wieś liczyła 21 palenisk. W 1853 r. kupił Widzino Friedrich Rieck płacąc za nie 34 tysiące talarów. W roku 1884 również podaje się go jako właściciela majątku Widzino o powierzchni 232 ha. Jako następcy występują: Hermann Rieck (1910), Meta Rieck (1928). Później wieś zasiedlono i z rozparcelowanego majątku utworzono 76 gospodarstw rolnych. W 1939r. największe gospodarstwo, liczące 81 ha ziemi posiadała Vera Ratzlaft,  w gospodarstwie hodowano ponadto 8 koni, 60 sztuk bydła i 43 świń. Przedwojenne Widzino zajmowało 985 ha, na terenie wsi zamieszkiwało 593 mieszkańców w 137 chałupach. Dla zobrazowania tempa rozwoju miejscowości wystarczy dodać, że w 1925 r. w Widzinie było tylko 79 domów mieszkalnych. W roku 1932 istniała we wsi trzystopniowa szkoła powszechna, a w niej w trzech klasach uczyło się 89 dzieci. Nauczycielami byli Muller (brak imienia), Karl Syring i Ernst Henke. Wieś należała do okręgu (gminy) Łosino, gdzie miesił się także właściwy dla Widzina Urząd Stanu Cywilnego, nadzór nad miejscowością sprawował Okręg Żandarmerii w Kobylnicy, sprawy sporne rozstrzygał sąd w Słupsku. Formy nazwy miejscowości ulegały zmianom i występują w dokumentach jako Vidno, Vidmo i Vidimo. Jest to nazwa topograficzna pochodząca od bardzo starej słowotwórczej bazy vid - czyli skręcać się, wić, co odnosiło się do określenia krętych stron, a potem w ogóle do wody.

Legendy dotyczące Widzina

Skrzacie wesele

(Jolanta Nitkowska-Węglarz)

- Wstawaj Wil! Już późno!....- matka łagodnie szturchnęła śpiącego młodzieńca. -Wstawaj, słońce wysoko na niebie!

-Już, już .. .mamo...- Wilhelm usiadł na łóżku i przeciągnął się.- Wieczorem nie mogłem zasnąć, bo cały czas myślałem tylko o weselu, czy wszystko się uda, czy goście będą zadowoleni, czy panna młoda będzie pięknie wyglądać?.... Tak mnie te myśli skołowały, że nawet nie wiem, kiedy wreszcie zasnąłem... Nie gniewaj się, mamo!... Młody człowiek wyskoczył z łóżka i okręcił matkę dookoła. Starsza pani roześmiała się i pokiwała głową:

Oj synku, synku... jakże się na ciebie gniewać, skoro to dziś twój wielki dzień , po raz pierwszy w życiu będziesz drużbą i to nie byle jakim drużbą, ale pierwszym drużbą!! To wielki zaszczyt synku, być pierwszym drużbą u zacnego człowieka! Nie dziwię się wcale, że zasnąć nie mogłeś... A teraz zbieraj się szybko, bo świnie czekaj ą na jedzenie i drzewo mi w kuchni potrzebne.

A jak to będzie, na weselu, mamo?.... - młody człowiek myślami był w zupełnie innym miejscu, niż życzyłaby sobie matka.

Jakże synku ma być? Pięknie będzie... Panna młoda urodziwa, pan młody także... Cała wieś do sierakowskiego kościoła zaproszona, więc będzie pięknie! A teraz uwijaj się szybko, bo droga z Widzina do Kończewa daleka, a ty i twój koń nie możecie być zmęczeni na tak ważnej uroczystość!

Tak, tak ... droga daleka i czasu niezbyt wiele...- potwierdził Wilhelm i błyskawicznie zapomniał o śnie. Matka patrzyła, jak szybko wynosi świniom z letniej kuchni jedzenie, a później z drewutni dobiegł  ją odgłos siekiery uderzającej w pieniek.

Sprytny ten mój chłopak...- pomyślała z dumą. - pracowity i uczynny. Niby to już dorosły chłop, ale jeszcze dziecko... Cieszy go to wesele, jak dziecko zabawa.

Zadumana kobieta zaczęła krzątać się w kuchni. Kiedy odgłos rąbanego drzewa ustał, na stole w kuchni już czekał na Wilhelma kubek gorącego mleka .W sieni słychać było szuranie, to stary ojciec gospodyni pomalutku zmierzał w stronę kuchni. Gospodarza nie było, bo już o świcie wyprowadził krowy na pastwisko. Tym razem samotnie, bo jego syn tego dnia miał wielkie święto - po raz pierwszy w życiu został drużbą swojego przyjaciela z Kończewa. Matka naznaczyła nożem na bochnie chleba znak krzyża, a później z wielką czcią odkroiła z niego pierwszą kromkę, która wedle zwyczaju najstarszemu w rodzinie się należała. W skupieniu   domownicy zmówili poranną modlitwę i zasiedli do śniadania.

Dziadek dobrotliwie poklepał po Wilhelma plecach i rzekł:

Nie trać czasy Wil, bo w dniu wesela różne się dziwy mogą przydarzyć! Lepiej, żebyś już był w drodze. Siwek jest mocnym i rączym koniem, ale licho lubi plany weselnikom pomieszać...

Jakie licho dziadku? O czym ty mówisz?...

Jedź, jedź młodzieńcze!... Pamiętam z dawnych lat, że w weselnych dniach zawsze się działy jakieś niezwykłe sprawy przy Głębokim Brodzie . A ty przecież nad rzeką Kwaczą będziesz jechał. Niech cię Najświętsza Panienka od złych przygód broni! Jedź już wnuku, jedź...

Już by ojciec chłopaka nie straszył! Widzi ojciec przecie, że radość go rozpiera! Nic złego dobremu człowiekowi przy Głębokim Brodzie przydarzyć się nie może! - obruszyła się gospodyni. - Ale ojciec ma rację-jedź synku, bo już czas...

Wilhelm podniósł się zza stołu i szybko wyszedł z kuchni. Za chwilę paradował w pięknej białej koszuli i czarnych portkach. Wysokie buty były tak wypucowane, że lśniły jak szkło. Wil stanął wyelegantowany przed matką, skłonił głowę i poprosił:

- Pobłogosław mnie, mamo, przed drogą!

-   Jedź synu w imię boże i godnie pełnij nowe obowiązki! - matka musnęła czuprynę syna dłonią. Młodzian wyprostował się i raźno ruszył do drzwi. Za chwilę słychać było tętent końskich kopyt. To siwek opuszczał domostwo, niosąc na grzbiecie pierwszego drużbę. Wil pośpiewywał wesoło i szybko gnał zakurzoną drogą. Naraz naszły go myśli o mającym się odbyć za kilka godzin weselu. Widział siebie w pierwszym wozie pędzącym przez Kończewo. Sześciu drużbów pokrzykiwało wesoło, drocząc się z druhnami siedzącymi w drugim wozie. Za nimi muzykanci prześcigali się w przyśpiewkach, a skrzypeczki radośnie ogłaszały, że bryczka z parą młodą gna do sierakowickiego kościoła, gdzie będzie ślub, będzie ślub, będzie piękny ślub.... Zamyślił się Wil nad ślubem przyjaciela, zadumał nad weselem i cugle siwkowi popuścił. Koń Jakby czując jeźdźca rozmarzenie , zwalniał kroku. Nad rzeczkę wjechali cichutko. Trawa głuszyła końskie kroki, jeździec pogrążony był we własnych myślach. Oprzytomniał nagle,  gdy doszły jego uszu ni to piski, ni to nawoływania, ni to śpiewy.

-   Cóż to być może?- pomyślał Wilhelm i pilnie nadstawił ucha. - Dziadek mówił ,że przy Głębokim Brodzie dziwy się dzieją...

Głosy narastały, zdawało się ,że spod ziemi idą... Jeździec przecierał oczy, ale niczego nie mógł dojrzeć bowiem rzeczny brzeg otulała gęsta mgła. Przystanął zaciekawiony, bowiem uszu jego doszedł cieniutki głosik:

-   Biegnijcie do pana młodego!.... Biegnijcie do panny młodej!...

-   Któż to tak woła? - zdumiał się Wił. Nagle przez mgłę przedarł się ostry promień słońca i jeździec szeroko rozwarł gębę ze zdziwienia. Cała dolina rzeczki Kwaczej inaczej wyglądała ,niż zazwyczaj. Nad wodą stał bardzo długi, ale niziusieńki stół, a przy nim setki malusieńkich krzesełek. W miniaturowych miseczkach stało na stole jadło, a w maciupeńkich kubeczkach napoje. Dookoła stołu kręciły się odświętnie ubrane skrzaty.

Nigdy wcześniej ich Wilhelm nie widział, ale starzy ludzie w Widzinie opowiadali, że droga do Kończewa prowadzi przez skrzacie królestwo. I oto miał przed sobą mieszkańców tego królestwa. Pięknie odzianych w zielone kurteczki, brązowe portki i białe koszuleczki. Skrzacia panna młoda w pięknej, białej sukieneczce, a malutki pan młody odziany był w brązowe portki i białą koszuleczkę. Dookoła suto zastawionego stołu chodził malutki drużba i zapraszał mieszkańców skrzaciego królestwa do zajęcia miejsc za stołem.

-     Zapraszam do stołu, zapraszam do stołu...- powtarzał drużba, zaś maleńcy goście sadowili się na wyznaczonych im miejscach.

-     Jakie piękne wesele - pomyślał Wił i tak się zapatrzył na malutkiego drużbę, że zapomniał o bożym świecie. Stał cicho na skraju doliny, nie zdradzając swojej obecności.

Nagle skrzacik znalazł się tuż przed kopytami siwka i cieniutkim głosikiem zawołał:

- Zapraszam wszystkich do stołu!!!

Wilhelm tak był zachwycony miniaturowym weselem , że odruchowo zapytał: - Czy jeździec z koniem także jest zaproszony!

Na łące zrobiło się wielkie zamieszanie i krzyk, ale nim się Wilhelm zorientował, skrzaty zniknęły. Nad rzeką nie było już ani niziutkiego stołu, ani maleńkich krzesełek, na których siedzieli weselni goście. Wibrującą ciszę przecinało tylko parskanie nudzącego się konia.

Nie wiedział jeździec , czy wesele naprawdę zobaczył, czy tylko mgła zesłała mu weselny miraż. A może prawdę mówił dziadek, że podczas weselnych dni nad rzeczką dzieją się dziwy?!