SYCEWICE | aktualizacja: 3 miesiące temu |
Miejscowość sołecka licząca 1050 mieszkańców (31.12.2010r.) położona przy drodze krajowej E-6 Słupsk – Szczecin w odległości 12 km od Słupska. Niecały 1 km od centrum wsi w kierunku południowo-zachodnim znajduje się przystanek kolejowy. Przejeżdżają tędy pociągi relacji Szczecin – Słupsk – Gdańsk.
Teren, na którym usytuowana jest wieś stanowi niemalże płaska morena. Dawniej od północy otaczały ją szerokie pola, podczas, gdy na południu rozciągały się lasy i łąki, sięgające aż do wiejskich gospodarstw.Sołectwo zostało założone w 1946 roku. Obszar sołectwa obejmuje miejscowości: Sycewice i Miedzno. Miedzno to dawna osada leśna zamieszkała obecnie przez 7 osób. Siedzibą organów sołectwa są Sycewice.
SOŁTYS
Pan Mieczysław Stępniewski
Sycewice, ul. Sportowa 7/1
76-251 Kobylnica
RADA SOŁECKA
Pan Czesław Kłudka
Pani Alicja Poddębniak
Pani Elżbieta Siupa
Na terenie sołectwadziałają następujące instytucje publiczne : Zespół Szkół Samorządowych (szkoła podstawowa i gimnazjum) im. Polskich Noblistów, filia biblioteki publicznej Gminy Kobylnica, Urząd Pocztowy, Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej z apteką, Ochotnicza Straż Pożarna oraz Świetlica Wiejska prowadzona przez Gminny Ośrodek Kultury w Kobylnicy. Prężnie działająca jednostka OSP włączona jest do Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego. Liczne sukcesy w piłce nożnej odnosi Uczniowski Klub Sportowy „SPARTA” kształcąc przyszłych zawodników tej dyscypliny skupionych w Klubie Sportowym „SPARTA” Sycewice. Ten zasłużony dla regionu klub od lat utrzymuje drużynę piłki nożnej seniorów i juniorów w lidze okręgowej. Z powodzeniem od lat działa również koło wędkarskie PZW skupiając w swoich szeregach nie tylko dorosłych, ale też dzieci i młodzież organizując im co roku zawody wędkarskie na miejscowym jeziorze. We wsi działa Przedsiębiorstwo Rolne „Avena”, „Tramp-Trail” Spółka z o.o., motel „Scarlet”, firma transportowa „T.J. Niciejewscy”. Trzy sklepy ogólnospożywcze zaspokajają potrzeby mieszkańców.
W Sycewicach znajduje się kościół Parafii Rzymsko-Katolickiej p.w. Św. Jana Bosko. Parafia została utworzona przez biskupa Wilhelma Plutę1 czerwca 1951 r. Od początku jej istnienia do 1998 Parafię obsługiwali Księża Salezjanie (SDB), obecnie księża diecezjalni.
Zabytki
Park krajobrazowy z XIX w. o powierzchni 30 ha, składający się z kilku części kompozycyjnych (aleje dębowe, jesionowe, lipowe, park przypałacowy, park leśny), wpisany do rejestru zabytków. Do ewidencji zabytków zostały wpisane również budynki z końca XIX w. Należą do nich: zespół folwarczny - murowany, gorzelnia, wielofunkcyjny budynek gospodarczy, murowany budynek mieszkalny przy ul. Pocztowej, zespół budynków kolejowych.
W Sycewicach są dwa cmentarze ewangelickie Pierwszy pochodzi z przełomu XIX/XX wieku i leży kilometr od wsi w kierunku zachodnim przy polnej drodze do leśniczówki. Mogiły ułożone są tu w rzędach, nagrobki zostały zniszczone. Druga nekropolia o zbliżonej powierzchni 0,25 ha także zlokalizowana jest kilometr od wsi, przy drodze do leśniczówki, w otoczeniu pól. Pozostały widoczne rzędy mogił, jednakże brak już na nich nagrobków. Granice wyznacza żywopłot z żywotnika.
Rys historyczny
Nazwa wsi jest nazwą patrotronimiczną z formatonem - ice i pochodzi od nazwy osobowej Syc lub Szyc z niemieckiego Zitewitz. Na przestrzeni wieków spotykamy takie oto nazwy tej miejscowości: Siczowicze (1347), Czitzewitze (1357), Setzewicze (1399), Zitzewitz (1485).
Układ architektoniczny wsi ma charakter ulicówki. Z czasów wczesnohistorycznych pochodzą obwałowania istniejące z południowej strony Sycewic. Wieś należała do dóbr lennych rodu Zitzewitz. Pierwszym właścicielem od roku 1410 był Peter von Zitzewitz, do którego należało również Kusowo. W 1585r. Georg von Zitzewitz zapoczątkował podział rodziny na dwie linie i został protoplasta drugiej gałęzi oraz dokonał podziału dóbr na część A i B,, które do roku 1945 pozostały w rękach Zitzewitzów. W dokumentach jako właściciele wymieniano porucznika Clausa von Zitzewitz, Jürgena von Zitzewitz - dziedziczącego dobra oraz kapitana Jacoba Jürgena von Zitzewitz.
W 1784r. majątek Sycewice składał się z dwóch folwarków, dziewięciu rolników i trzech kosetów.
Ponadto była kuźnia, karczma, budynek szkolny, trzech właścicieli domów bez gruntu oraz 25 kominów.
Jednym z najwyraźniejszych członków rodu był Wilhelm Zitzewitz. Był to człowiek wykształcony, studiował rolnictwo, a poczynając od 1862r. zaczął Sycewice urbanizować. Przez lata ponadto Wilhelm powiększał majątek i dbał o siedzibę rodową. W 1834r. Wilhelm kupił Cecenowo oraz Dargoleżę (aktualnie w gminie Główczyce). W 1871r. dokupuje jeszcze od kapitana Valeriana von Bellow Gać oraz część Nosalina. W 1901r. Wilhelm von Zitzewitz z posiadanych dóbr w pobliżu majątku rodowego, tj. Sycewice, Gacu oraz części Nosalina utworzył majorat, na podstawie którego wymienione dobra nie podlegające podziałowi mógł dziedziczyć najstarszy syn. W 1900r. odbyły się okolicznościowe obchody 600-lecia istnienia rodu, a w 1909r. Wilhelm von Zitzewitz otrzymał od króla pruskiego tytuł szlachecki. Po śmierci Wilhelma, która nastąpiła w 1925r. majątek przeszedł we władanie jego syna Heinricha. Odbudował on wystawiony w 1905r. pałac i założył okazały park. Już w 1934r. wieś doposażono w kanalizację i wspaniała nawierzchnię głównej drogi. W 1938r. w skład rodowych dóbr wchodziło łącznie 934 ha ziemi, w tym 505 ha użytków rolnych, 84 ha łąk, 53 ha pastwisk, aż 245 ha lasów, 3 ha wód i 44 ha nieużytków. Pogłowie zwierząt kopytnych liczyło 52 konie, 170 sztuk bydła, 313 owiec i 40 świń. Gospodarka była prowadzona bardzo fachowo, w jej całokształcie dużą rolę odgrywała owczarnia, stadnina koni i gorzelnia produkująca spirytus z ziemniaków i żyta, należała ona do największych i najnowocześniejszych w okolicy. W Sycewicach była także kasa zapomogowo-pożyczkowa, gospoda Ericha Tosaka, młyn Puttkamerów, kuźnia Franza Mielka, przedsiębiorstwo utylizacji odpadów zwierzęcych. Siodlarstwem zajmował się F. Schlawin, szewstwem R. Garbe i O. Schuweckow, kołodziejstwem O. Damaschke, a handlem bydłem Heyer Klatt i Pamplum.
Wszyscy mieszkańcy Sycewic byli ewangelikami. Od bardzo wczesnych lat w majątku prowadzono działalność oświatową. Pierwszy budynek szkolny funkcjonować zaczął już w 1818r., wówczas naukę w szkole pobierało 16-tu uczniów. W roku 1862 oddano nową szkołę, zaś w 1912r. powstał jeszcze jeden budynek szkolny. szkoła zlokalizowana była pośrodku wsi, opodal drogi Słupsk-Sławno. Uczniów rokrocznie przybywało, w 1830r. było ich 30, a w 1846 już 67. Patronat nad szkoła sprawował właściciel majątku, on też wybierał nauczycieli. Pracowali tu m.in. Eduard Selke (do 1928r.), Richard Neubuser (1928-1930) do roku 1945 Otto Bausemer.
Sycewice są miejscowością składająca się z dwóch zasadniczych części: zespołu folwarcznego zajmującego północno-wschodnia część wsi i zlokalizowanego na zakończenie wewnętrznej drogi wiejskiej oraz z właściwej zabudowy wiejskiej. Zabudowa właściwa wsi leży poza zespołem folwarcznym po obu stronach drogi do Szczecina.
Zespół folwarczny posiada kompozycję zwartą. Składa się z dwóch części podzielonych wtórnie ogrodzeniami: zespołu gospodarczego położonego w zachodniej części założenia oraz zespołu pałacowo-parkowego, obecnie zachowanego w stanie szczątkowym parku i nieistniejącego już pałacu, który po wojnie spalili żołnierze Armii Czerwonej, a znajdował się w części południowo-wschodniej i wschodniej.
Czary, podziemne fluidy, a może wiatry , które tu od wieków miały tutaj swój ą tajemną przystań powodowały, że w Sycewicach co roku rodziły się dzieci z niezwykłą do muzyki smykałką. Umiały wiatrom zabrać przynoszone ze świata pieśni, umiały podsłuchać ptaki koncertujące na łąkach. Tak działo się przez wieki, zanim telefonia komórkowa, fale magnetyczne i inne nowoczesne siły, nie zakłóciły muzycznych czarów i nie odebrały wiatrom ich śpiewów.
Odłóż zatem , czytelniku komórkowy telefon, włącz wyobraźnię i stań na tej, sycewickiej drodze, gdzie wiatry się spotykają. Tą samą drogą pięć, a może i sześć wieków temu wyruszał każdego roku, zaraz po żniwach Iwo Grot. Gdzie szedł ? Jak wszyscy słynni, sycewiccy grajkowie wyruszał w świat, by po skończonych żniwach przygrywać ludziom na weselach , zrękowinach, albo sobotnich spotkaniach przy kuflu piwa, w przydrożnej karczmie.
Wielu było w Sycewicach grajków, każdy z nich potrafiłby zagrać i na królewskim dworze, ku uciesze słuchaczy. Ale nikt we wsi nie potrafił, tak jak Iwo, zagrać na trąbce. W jego grze był szum wody , świst wiatru, śmiech dziecka, płacz deszczu.
Kiedy grał - ludzie zamierali w zasłuchaniu, a gdy kończył - ocierali łzy. Był Iwo mistrzem nad mistrzami! Nic więc dziwnego, że gdy żniwa miały się ku końcowi, zjeżdżali do Sycewic karczmarze z wielu miast, drużbowie z wielu wsi. Kłaniali się w pas słynnemu trębaczowi i prosili o to, by dla ich gości zagrać raczył. Iwo szykował się do długiej drogi przed siebie, by grać ludziom na starej, wysłużonej trąbce.
Szedł z miasta do miasta, wyczekiwany przez nowożeńców, poklepywany przyjaźnie po plecach przez karczmarzy. Przygrywał ludziom skocznie - do tańca i spokojnie - do rozmów przy kuflu. Mijał tydzień za tygodniem, a on grał. Myliły mu się twarze i miejsca, bo spamiętać weselników i słuchaczy nie był w stanie. Za pazuchą starannie ukrywał wypełniony monetami trzos. Lubił czasem schodzić z wytyczonej drogi. Wchodził wtedy do wsi, stawał pod oknem karczmy i przyglądał się ludziom. Kiedy widział w nich chęć do tańca i śpiewu otwierał drzwi, wyciągał z zanadrza trąbkę i grał. A gdy po drodze wsi nie było grał wiatrom, ptakom, drzewom , słońcu i księżycowi.
Lato dopalało się zwolna, coraz dłuższe cienie kładły przydrożne drzewa. Iwo coraz częściej myślał o powrocie do domu, tęsknił do gospodarskich zajęć i rodziny.
- Czy krowa się na dniach cielić będzie? - myślał zafrasowany - Czy koń umęczony ciężkimi żniwami już doszedł do siebie? Czy syn najstarszy sieczkarnię naprawił, a najmłodszy czy się do gry na skrzypcach przykłada? ...
Szedł zatopiony w swoich domowych zmartwieniach i ani zauważył, że przed nosem, nie wiedzieć kiedy, wyrosła mu wysoka i piękna karczma. Czerwona cegła na niej, jak wypolerowana, drzwi rzeźbione Jak nie przymierzając, w siedzibie biskupiej, schody marmurowe tak błyszczące , jakby ich setki butów nie wydeptały.
Zagapił się w rzeźbione drzwi Iwo, podziwiając kunsztowną robotę. Wolnym krokiem pod okno podreptał. Przez wielkie szyby zobaczył weselnych gości, którzy się w rytm tańca poruszali, ale grajka nigdzie dojrzeć nie mógł. Nastawił ucha, jednak muzyki nie słyszał.
Już miał się ku drzwiom karczmy kierować, gdy one same się otwarły, a u szczytu schodów stanął karczmarz w wielkim, białym fartuchu przepasanym na brzuchu.
- Czemu pod oknem stoisz?- zapytał. - Wejdź do środka! Widzę, że masz trąbkę pod pachą, a weselnym gościom bardzo brakuje muzyki.
- Możliwe, możliwe... to nie jest zwyczajne wesele, toteż o takim drobiazgu jak muzyka nie pomyślano. Wejdź do środka i gościom zagraj!
Zaśmiał się karczmarz chrypliwie, po brzuchu poklepał i mówi:
- Moi goście zapłacą ci tyle, ile jeszcze nigdy w życiu na oczy nie widziałeś! Jednak musisz wiedzieć, że bardzo niezwyczajne to wesele i goście niezwyczajni. Jeżeli do świtu grać będziesz pięknie, dostaniesz wór pełen dukatów!
Zadziwił się Iwo, że za kilka godzin grania ma dostać tyle pieniędzy, ile cała wieś kosztuje.
- Jakże to karczmarzu, tyle dukatów to i książę nie płaci muzykantom!
- Mówiłem ci grajku, że niezwyczajni to goście i niezwyczajne wesele... Jeżeli grania się podejmiesz ,wór z dukatami jest twój!
Tysiące myśli trębaczowi przez głowę przeleciało, ale pieniądze wydawały się tak blisko rąk, że koniecznie chciał po nie sięgnąć.
- Nie przestrasz się grajku - to diabelskie wesele, ale nic ci nie grozi, jeżeeli warunków umowy dotrzymasz!
- A czy ty słyszałeś kiedykolwiek, by muzykanci do piekła szli...
- Widzisz więc, że obawiać się nie musisz . Jak długo będziesz grał, włos ci z głowy nie spadnie. O świcie diabły znikną, a ty będziesz bogatym panem.
Zgodził się Iwo, ale zanim próg karczmy przekroczył o warunek umowy zapytał.
- Eee, co to za warunek... - machnął karczmarz dłonią. - ... przez tę jedną noc nie wolno ci boskiego imienia wymienić...
Podrapał się Iwo po głowie, pomedytował i rękę karczmarzowi podał:
Obaj weszli do karczmy. Trębacz usiadł w kącie sali i trąbkę do ust podniósł. Goście weselni podnieśli się zza stołów i na głos trąbki do tańca ruszyli. Zawirowały taneczne pary , rozniosła się w dal skoczna muzyka. Zaciekawiony grajek przyglądał się gościom i dopiero teraz zauważył, że wszyscy są w czarnych strojach. Ze zrozumieniem pokiwał głową:
- No, jakże by inaczej mogło być odziane diabelskie nasienie... - pomyślał, -..ale co mi tam, byleby przyrzeczone dukaty dali...
Szpetny pan młody i jędzowata panna młoda wywijali w tańcu i podskakiwali radośnie, goście głośno bili trębaczowi brawo. Noc zaczynała już rzednąć, zmęczony grajek coraz dłuższe czynił między tańcami przerwy. W pewnym momencie zza stołu podniósł się pan młody i zwrócił się do gości:
- Świt zaraz nadejdzie, pora kończyć zabawę, a ty grajku weź czapkę i obejdź salę, od każdego dostaniesz zapłatę, bo solidnie na nią zasłużyłeś. Ale zanim od gości dostaniesz napiwek, idź do karczmarza - niech ci obiecany worek dukatów przekaże.
Uradował się Iwo, do karczmarza podbiega. A karczmarz z uśmiechem mu trzos talarów podaje:
- Uczciwą pracą zarobiłeś... - powiada. - A teraz bierz czapkę i do gości po napiwki biegnij, tylko się spiesz, bo świt blisko!
Chwycił Iwo trzos chciwą dłonią, ciężar jego wymierzył i czapkę z głowy zerwał. Do gości podchodzi, a czarni ludzie do czapki mu wrzucaj ą miedziaki i srebrne grosze, złote dukaty i pierścienie z rubinem. Dużo tego, a za każdym ruchem czarciej ręki więcej i więcej... Już wszystkich gości grajek obszedł, czapka mu ciąży pod bogactw ciężarem. Ostatni mu został gość, co pod drzwiami siedział. Ten na wierzch pieniędzy złoty łańcuch dorzucił. Pokłonił się Iwo nisko i z karczmy wybiegł. Jeszcze raz do czapki zajrzał i oczom nie wierzył, że tak wielkie bogactwo za jedną noc grania otrzymał. Obejrzał się za siebie i czarnym dobrodziejom podziękować zapragnął. Z wielkiej wdzięczności o przyrzeczeniu złożonym karczmarzowi zapomniał.
- Niech wam Pan Bóg za wielką hojności wynagrodzi!- zawołał z wielką radością. W tej samej chwili diabelskie dary w węgiel się zamieniły. Zdawało się trębaczowi, że słyszy gdzieś w oddali diabelskie chichotanie.
Na prawie płaskiej morenie, na zachód od Słupska leży wieś Sycewice. Dawniej od północy wieś otaczały szerokie pola podczas gdy na południu rozciągały się losy i łąki. Sięgały one aż do majątku i wiejskich gospodarstw. Ze Słupska prowadziła droga na Sławno.
Majątkiem władał von Zitzewitz. Hodowano tam konie, bydło, owce i świnie. Była duża gorzelnia. We wsi była kuźnia, karczma, zabudowania chłopskie no i oczywiście szkoła. Zitzewitze utrzymywali nauczyciela. Ten zaś uczył chłopskich chłopców.
W tamtych czasach do szkoły chodzili tylko chłopcy. Dziewczętom matki nie pozwalały uczyć się. Uważały, że to je znarowi, że nie będzie do niczego potrzebne. Dobra dziewczyna nie musi umieć czytać i pisać. Musi oporządzać domostwo i zwierzęta. Musi dbać o męża i dzieciaki. Być bogobojną i stateczną gospodynią.
Wyjątkiem były dziewczęta z majątku. Nauczyciel odwiedzał je w domu. Były przygotowywane do całkiem innego życia. W przyszłości miały wykonywać całkiem inne obowiązki niż chłopskie dziewczynki. Po kilku latach nauki w domu były wysyłane na tak zwane pensje. Były to mówiąc prosto: szkoły z internatem dla lepiej urodzonych.
W tamtej szkole inne były sposoby uczenia. Nauczyciel był świętością. Dzieci siedziały na ławach w ciszy. Słychać było dźwięk przelatującej muchy. Jednak, gdy któreś nieopatrznie odezwało się było karcone. Uważano, że dobre lanie nie zawadzi. Wprowadzi rozum z tyłka do głowy, toteż nauczyciel często korzystał z pasa lub dyscypliny. Nierzadko gagatka prowadzono do kąta gdzie klęczał na grochu trzymając ręce do góry. Często słychać było ciche pochlipywanie, a chłopiec rozcierał zbite rózgą dłonie. Po cichu, ukradkiem przykładając je do ścian, by mniej bolały.
Pan von Zitzewitz jako jeden z niewielu właścicieli ziemskich opłacał nauczyciela by jego chłopi potrafili czytać i pisać. Było to ważne. Sami musieli przeczytać i napisać jakieś pismo, , lub chociażby modlitwę z modlitewnika podczas niedzielnej mszy. Chłopi byli bardzo religijni.
Nauka chłopcom szła ciężko. Pisali kredą na drewnianych tabliczkach. Niewprawne dłonie stawiały koślawe litery. Uczyli się czytać z jednej książki. Sylabizowali pojedyncze litery, składając je w sylaby, a później wyrazy. Było to dla nauczyciela trudne i mozolne zadanie. Nauczyć chłopców czytać, liczyć i podpisywać się. Trwało to parę lat.
Pewnego dnia w szkole przybył nowy uczeń. Jasnowłosy, drobniutki o cienkim piskliwym głosiku i delikatnych jakby dziewczęcych rysach. Wyrwany do odpowiedzi rumienił się po sam czubek włosów. Choć nauka szła mu dobrze odpowiadał nieśmiało drżącym ze strachu głosem. Chłopcy śmiali się z niego. Poszturchiwali nazywając dziewuchą. Witek pochlipywał nieśmiało zaprzeczając. Nic to nie dawało.
Mimo dokuczań chłopaki przepadali za nim, a on pomagał im nauczyć się czytać, albo prowadził rękę by dobrze pisali litery. Uwielbiali ze sobą mocować się i biegać po pobliskich przyleśnych łąkach. Czasu na zabawę nie mieli zbyt wiele. Musieli pomagać w polu i obejściu. A i w domu matula goniła do roboty.
Aż pewnego dnia w szkole nauczyciel powiedział Witkowi:
- Witku, ja już cię tu niczego więcej nie nauczę. Poproś aby przyszła do mnie jutro Twoja matka. Muszę z nią pomówić.
Następnego dnia rankiem do szkoły przyszła matka by porozmawiać z nauczycielem. Ten powiedział jej, żeby poszła do majątku, prosić pana, aby wysłał syna do miasta do szkoły. Zitzewitz wezwał nauczyciela do siebie i spytał go czy chłopak naprawdę jest taki zdolny jak mówi jego matka.
- Tak panie, jest to najzdolniejszy mój uczeń. Wysłać go do szkół, a będzie znakomitym zarządcą. Ma przed sobą przyszłość. Szkoda byłoby go zmarnować.
- Tak panie, jestem tego pewien.
I tak się stało. Pan von Zitzewitz wysłał Witka do szkoły, potem na studia, które opłacał. A Witek uczył się najlepiej jak potrafił. Kiedy po skończonych studiach wrócił do Sycewic objął zarządzanie majątkiem. W bardzo krótkim czasie doprowadził do tego, że majątek stał się jednym z największych w powiecie.
Wiejska szkoła przetrwała, aż do czasów II wojny światowej. Zitzewitze utrzymywali szkołę i nauczyciela do końca, pamiętając jak wykształcenie prostego chłopca może się opłacić. Losy Witka potoczyły się inaczej niż innych dzieci. Choć nieurodzony zamożnie to ze zdobytym wykształceniem stał się bardzo poważną osobą w majątku. Za żonę dostał bardzo posażną pannę i żył w dobrobycie do końca swych dni.

































