BZOWO, KCZEWO, ROZŁĘKA
Bzowo, wieś sołecka licząca 157 mieszkańców (31.12.2010r) położone jest w południowo – zachodniej części gminy przy drodze powiatowej Słonowice – Tychowo.
do pobrania:
• pobierz (155kb)
• pobierz (32kb)
Do wsi od strony zachodniej przylega kompleks leśny. Wokół wsi pola uprawne. Przez wieś przepływa Ścięgnica. Od zachodu sołectwo graniczy z Województwem Zachodniopomorskim. We wsi sklep spożywczo - przemysłowy. W odległości 2 km na wschód od Bzowa i około 7 km na wschód od Tychowa znajduje się Kczewo liczące 151 mieszkańców (31.12.2010 r.). Wioska leży na pofałdowanym morenowym terenie w otoczeniu pól uprawnych i podmokłych łąk rozciągających się wzdłuż licznych kanałów melioracyjnych. Po wschodniej stronie Kczewa, w odległości około 2 km od zabudowań przepływa rzeczka Ściegnica stanowiąca dopływ Wieprzy. Wioska otoczona jest polami uprawnymi - jedynie od strony południowej do wsi przylega park podworski łączący się z parkiem w Bzowie. Za wsią w kierunku Słonowic znajduje się kopalnia żwiru. We wsi Świetlica Wiejska prowadzona przesz Gminny Ośrodek Kultury w Kobylnicy oraz sklep przemysłowo - spożywczy. Pomiędzy obu wioskami w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku został wykonany odwiert geotermiczny potwierdzający występowanie na głębokości 2 kilometrów gorących źródeł. Kierując się na północny zachód od Bzowa w niedalekiej odległości trafimy do Rozłęki - osady liczącej dziś 4 osoby.
SOŁTYS
Pani Longina Jagieła
Kczewo 16 B
76-251 Kobylnica
RADA SOŁECKA
Sołectwo zostało założone w 1995 roku. Obszar sołectwa obejmuje miejscowości: Bzowo, Kczewo i Rozłęka. Siedzibą organów sołectwa jest Kczewo. Do zabytków znajdujących się na terenie sołectwa i wpisanych do jego rejestru zalicza się zespół folwarczny z XIX i połowy XX wieku wraz z parkiem przydworskim i cmentarzem w Bzowie. W Kczewie grodzisko nizinne owalne noszące ślady dawnych wałów i fosy.
- Pan Robert Domagała
- Pani Maria Drogoś
- Pani Maria Kandyba
- Pan Mateusz Mielewczyk
Bzowo - niemieckie Besow, należało początkowo do księcia pomorskiego Świętopełka, który przekazał ją wraz z wieloma innymi miejscowościami zakonowi joannitów. Nie wiadomo jak długo Bzowo było w posiadaniu zakonu. Dokładniejsze dane dotyczące właścicieli pochodzą dopiero z drugiej połowy XV wieku. W roku 1480 jako właściciel wymieniony jest Mathias Bone. Według listu lennego z 1529 roku wieś posiadali już Boehnowie. We władaniu tego rodu dobra lenne Bzowo znajdowały się około 400 lat. W roku 1784 jako właściciel wymieniany jest Ernest Ludwig von Böhn. W tym czasie w Bzowie były dwa folwarki, młyn wodny, czterech chłopów, trzech chałupników, szkoła, dwadzieścia jeden domów i rybactwo. W latach 1773-1775 za dotacje królewskie pobudowano folwark Plan-heide (dzisiejsza Rozłęka), należący najpierw do majątku Bzowo a później do majątku Ścięgnica. W 1857 r. Franz Wilhelm Adolf von Boehn sprzedał majątek Friedriechowi von Blumenthal. Ten ostatni z powodu braku potomków sprzedał z kolei Bzowo 1892 roku Augustowi Siemersowi, właścicielowi Kończewa. W 1892r. Bzowo wraz z folwarkiem ŻABNO i niemieckie Sagenberg , liczył ogółem 810 ha, z czego 480 ha przypadało na pola uprawne, 51 ha na łąki, 155 ha na pastwiska, 112 ha na lasy i 6 ha na wody. Inwentarz żywy liczył 32 konie , 70 sztuk bydła, w tym 32 krowy mleczne, 700 owiec i 50 sztuk trzody chlewnej. Istniała cegielnia i młyn wodny. W roku 1901 syn Augusya von Siemers przekazał majątek Erichowi von Bonin, żonatemu z Anną von Graffe. Erich i Anna von Bonin w 1907 roku kupili także polski majątek Ściągnica. W roku 1814 Bzowo wraz z Żabnem liczyło 811 ha, pracował młyn wodny z elektrownią, gorzelnia i płatkarnia. Wg księgi adresowej z 1920 roku właścicielem majątku był Albrecht von Bonin, był to najstarszy syn Ericha i Anny. Po śmierci Ericha von Bonina, która nastąpiła w 1927 roku majątek zaczął w szybkim tempie poupadać. W tym czasie w Bzowie hodowano około 40 sztuk krów zarodowych z przychówkami i około 30 koni, w tym także wyścigowe. Czynna była gorzelnia, którą kierował Paul Sakiel. W majątku zatrudniony był m.in. rządca Max Hasse, leśniczy Werde i oborowy Krama. Na skutek trudności finansowych w 1931 roku Albrecht von Bonin z żoną Ilse z domu von Boehn musieli sprzedać Bzowo Towarzystwu Parcelacyjnemu i opuścili majątek. Jeszcze tego samego roku Bzowo wraz z folwarkiem zostało rozparcelowane, w wyniku czego w oparciu o dawne budynki folwarczne powstało ogółem 46 zagród chłopskich. Gorzelnię przekształcono w mleczarnię, której właścicielem był najpierw Otto Hockendorf, później zaś była to mleczarnia spółdzielcza. Właścicielem młyna wodnego został Heinrich Kosanke, natomiast w pałacu utworzono szkołę powszechną, mieszkania dla dwóch nauczycieli oraz kaplicę ewangelicką, ponieważ kościół parafialny znajdował się w oddalonych o kilka kilometrów Słonowicach. W bezpośrednim sąsiedztwie podwórza, po południowej stronie znajdują się dawne tereny ogrodowe w kształcie wydłużonego prostokąta obwiedzione kamiennym murem, którego fragmenty zachowały się do obecnych czasów. Po południowej stronie podwórze, u podnóża wzniesienia terenu, znajdował się budynek stelmacharni z mieszkaniem oraz nadal istniejący dom mieszkalny z częścią gospodarczą, a także położona na wschód od nich dawna stajnia cugowa. Trudno obecnie ustalić pierwotnych domów robotników folwarcznych, które wtórnie zostały przejęte przez chłopów i włączone w obręb nowych zagród chłopskich. Prawdopodobnie również niektóre domy przy wewnętrznej drodze wiejskiej na północ i południe podwórza były pierwotnie mieszkaniami pracowników folwarcznych. Po zachodniej stronie głównej drogi wiejskiej na południe od stawu i cieku wodnego znajdowała się kuźnia, którą rozebrano po 1945 roku. Zespół rezydencjalno-folwarczny usytuowany był we wschodniej części wsi i obejmował rozległy teren o dość znacznym zróżnicowaniu wysokości. Obecnie dawny zespół rezydencjalno-folwarczny zachował się zaledwie w stanie szczątkowym. Część rezydencjalna jest najbardziej wysuniętym na wschód elementem zespołu. W części rezydencjalnej znajdował się nie tylko neogotycki, nieistniejący już pałac, lecz także prawdopodobnie stajnia. Podwórze ma kształt wydłużonego prostokąta o zabudowie geometrycznej, niegdyś zwartej, obecnie rozproszonej na skutek wyburzenia części obiektów. Z dawnej pierzei północnej zachował się spichlerz z bramą, obecnie stanowiący dominat architektoniczny zespołu oraz przylegająca do niego znacznie przebudowana dawna obora.
Kczewo jest miejscowością, której nazwę zapisano w 1505 roku formie Eggesów, a od 1755 roku jako Egsów. Jej nazwa pochodzi od nazwy osobowej Jeksa czyli Jakub. Obecna nazwa to niedoskonała redystrybucja nazwy niemieckiej Egsow. Pierwsze wzmianki o wsi datowane są na pierwszą połowę XIII wieku, kiedy to w 1240 roku książę pomorski Świętopełk podobnie jak inne liczne wsie podarował Kczewo Joannitom. W późniejszych latach wieś była lennem rodu von Kleist. W roku 1628 jako właściciel części miejscowości występuję Hans Natzmer, do którego należało 9 włók i pól młyna. W pierwszej połowie XVIII wieku Kczewo stała się własnością rodziny von Blumenthal. W 1784 roku wieś składała się z folwarku, młyna wodnego, 6 zagród chłopskich i 24 domów. Było w niej również gospodarstwa rybackie na dwóch stawach, nauczyciel i kowal. Do majątku należały też działy ziemi w pobliskim Komorczynie. W roku 1825 Kczewo należało do starosty Sławna Alberta von Kamecke i jego żony Otylii. Ich córka Maria von Kamecke wniosła w posagu majątek Kczewski do rodziny von Bülow. W posiadaniu tej rodziny Kczewo pozostawało do końca drugiej wojny światowej. W roku 1892 dobra rycerskie liczyły ogółem 569 ha, w tym 386 ha pól, 52 ha łąk, 107 ha pastwisk i 24 ha lasów. Hodowano 25 koni, 60 sztuk bydła w tym 50 krów mlecznych i 700 owiec. W 1914 roku właścicielem Kczewa był Adolf von Bülow asesor rejencji. Majątek liczył wówczas 586 ha, w tym 372 ha pól uprawnych, 52 ha łąk, 121 ha pastwisk, 24 ha lasów, 7 ha wód, 113 sztuk bydła, w tym 69 krów mlecznych, 32 konie, 739 owiec i 69 sztuk trzody chlewnej. W roku 1920 wielkość majątku i stan inwentarza był taki sam jak w roku 1914, nie zmienił się również właściciel majątku, ale ostatnią jego właścicielką była Anna Maria von Bülov z domu von Arnim. Przed drugą wojną majątek liczył ogółem 586 ha, w tym 24 ha lasów. Prowadzona była uprawa sadzeniaków ziemniaka na obszarze 100 ha, chowano również 60 krów mlecznych z przychówkiem, 500 owiec, 300 sztuk trzody chlewnej i 300 koni. Zespół dworsko-folwarczny istniał w obecnym miejscu najprawdopodobniej w XVII wieku. W 1940 roku część budynków gospodarskich i inwentarskich spaliła się, jednak jeszcze podczas wojny odbudowano dwie stodoły, oborę i warchlakarnię. Na skraju podwórza folwarcznego usytuowany był dwór z oficyną, który rozebrano ostatecznie na początku lat siedemdziesiątych XX wieku. Na miejscu tych obiektów posadowiony został współczesny betonowy cielętnik, którego bryła szpeciła teren podwórza. Z dawnego zespołu folwarcznego zachowały się po wojnie tylko stodoły z wydzieloną kuźnią, dawne garaże, cielętnik, owczarnia, chlewnia ze stelmacharnią, stajnia koni roboczych i spichlerz. W 2009 r. budynki gospodarcze dawnego PGR zostały rozebrane, a gruz został przemielony. Na wschód od głównego wjazdu na podwórze folwarczne, po północnej stronie drogi wiejskiej wiodącej w kierunku Słonowic zachowały się trzy domy robotników folwarcznych z chlewikami. W sąsiedztwie tych domów wybudowano współczesne bloki, które częściowo zajęły miejsce starych budynków mieszkalnych. Przy bocznej drodze wiodącej w kierunku pól i cmentarza posadowiony jest dom mieszkalny, który w przeszłości prawdopodobnie był domem ogrodnika.
TAJEMNICZY DĄB
Nie chcę myśleć o... przygodzie, ale lubię szwendać się wśród traw, gdzieś po lasach, po ruinach, starych dworkach z dawnych lat...
Podczas jednej z takich włóczęg trafiłam do Bzowa. Z dawnego świetnego majątku zachowało się dość sporo budynków. Nie było już młyna, widziałam jazy i przepusty, które pozostały. Nie było stelmacharni, stajni koni wyścigowych, pałacu. Zobaczyłam dość wysoką górkę. Rosły na niej zdziczałe krzewy, samosiejki klonów, tarnina, ogromne kępy traw, pokrzyw i chwastów. Cała górka obmurowana była walącym się ze starości kamiennym murem. Ceglane słupki poprzewracał czas. Zaczęłam szukać. Trafiłam na betonowe płyty, tworzyły jakby podłogę nieistniejącego budynku. Były w nich dziury zawalone gruzem. Miałam wrażenie, że mój wzrok zagląda do jakichś piwnic czy lochów. Ogarnęła mnie ogromna ciekawość tego miejsca. Obchodziłam górkę wokoło, oglądałam liczne murki tworzące tarasy. Zafascynowało mnie to miejsce. Niezwykłe. W środku wsi, a jakby poza nią. Bezludne. Opuszczone. Miałam wrażenie, że zaglądają tam tylko ludzie chcący wypić w ukryciu jakąś wodę ognistą.
Mój zatrzymał się na drzewie. Nie spuszczając z niego oczu, powoli zaczęłam iść w jego kierunku. Podeszłam. Drżącymi palcami dotykałam kory. Drzewo było stare. Bardzo stare. Dzieje wieków zrujnowały je strasznie. Pusty środek. Wypalony. Ziejący czeluścią gardła ku obłokom. Żywe zielone konary pozostały tylko z jednej strony. Śpiewały tam ptaki. Przytuliłam do pnia policzek. Podniosłam oczy do góry i zamarłam. Ujrzałam twarz. Straszną twarz.
Cudowna cisza otulała wszystko, nie szczekał żaden pies. Czułam, pieśń drzewa. Starego dębu. Delikatny wietrzyk owiewał mi twarz. Zaczarowany szept trwał i trwał. Słuchałam go z wypiekami na policzkach. Bałam się odetchnąć by nie prysł czar. A stary dąb śpiewał mi tak:
- Dobrze, że jesteś. Stoję tu prawie tysiąc lat. Nareszcie mogę opowiedzieć ci moją historię. Tak, moją i tego nieszczęśnika. Dojrzałaś go. Było to dawno, dawno temu. Byłem już dość poważnym dębem. Coś około roku 1590, a może powyżej 1600. trudno mi to ustalić.
Tu dąb umilkł, jakby próbował ustalić lata, albo może zebrać myśli. Po chwili zaczął znowu swoją opowieść: - Nie pamiętam dobrze, który to rok, mniejsza z nim. Było to dawno. Tyle się wydarzyło. Były wojny, pokoje. Ludzie rodzili się, umierali. Były susze i burze. Były pożary.
Poczułam coś dziwnego. Świat jakby oddalił się. Zamglił. Rozmazał. Oczami duszy ujrzałam świat. Inne były domy. Inne były drzewa. Inaczej ubrane dzieci biegały boso. Jakiś pastuszek gonił gęsi na łąkę. Drogą jechało dwóch konnych. Byli to: właściciel majątku pan Boehn i jego zarządca. Jadąc dyskutowali, żywo wymachując rękami. Mijani chłopi milkli. Zdejmowali z głów nakrycia i kłaniali się nisko, wbijając wzrok w ziemię. Nie śmieli spojrzeć na pana. Nikt nie odważył poruszyć się dopóty, dopóki jeźdźcy nie przejechali.
Kilku kosiarzy kosiło łąkę. Szli w odstępach jeden od drugiego, rytmicznie wymachiwali kosami. Nie odzywali się do siebie. Pot rosił im czoła. Koszule przykleiły się do pleców. Trawa równymi pasami kładła się na ziemi, mocny jej zapach drażnił nozdrza. W powietrzu rozlegał się klekot bocianów. Para ich szła za kosiarzami wyłapując uciekające żaby. W pobliskim strumyku kilka kobiet prało. Tłukły kijankami namoczone pranie brodząc po kolana w wodzie. Ich śmiechy, rozmowy niosły się daleko. Część wypranych tkanin było już poskładanych w koszach na brzegu strugi.
Było południe. Słońce przypiekało mocno. Z bezchmurnego nieba lał się żar. Zza lasu dochodził daleki dźwięk dzwonów. Ludzie przerwali pracę. Modlili się. Zapadła cisza. Słychać było tylko pisk jastrzębi szybujących w przestworzach.
Nagle rozległ się odgłos galopującego konia. Szybko zbliżał się. Coraz głośniej słychać było wrzaski jeźdźca i świst smagania batem. Zza zakrętu wyłonił się galopujący, wściekły zarządca. Okładał na oślep zwierzę. Oszalały koń kwiczał. Z pyska spadały mu płaty piany. Przerażone oczy błyskały białkami. Stękał. Spienione boki z trudem łapały powietrze. Nagle nogi splątały się, koń runął na ziemię. Wyrzucony z siodła w powietrze ekonom spadł na ziemię, turlając się. Rozwścieczony zerwał się na nogi. Dopadł konia. Okładał go batem gdzie popadnie. Kopał z całych sił. Zwierzę próbowało wstać na nogi. Nie mogło. Pęcina była złamana. Ryk przerażonego zwierzaka ogłuszał. Osłupiali chłopi patrzyli, co ten furiat wyprawia. Znany był z takich zachowań. Nikt nigdy nie wiedział, za co będzie wychłostany. Czasem wystarczyło spojrzeć, czasem nie dość szybko się pokłonić, a głośny śmiech dziecka, stuknięcie kija starca, tuman kurzu na drodze, nagły poryw wiatru, który zerwał mu kapelusz, powodowały, że chłostał na oślep nie patrząc czy to małe dziecię, czy sędziwy starzec. Ludzie zawczasu woleli kryć się w chatach. Bezwzględnie ściągał daninę. Często chłopi na przednówku cierpieli głód. Tej zimy nawet dwóch staruszków zmarło.
Koń padł. Zarządca po prostu zatłukł go. Chłopi skwapliwie pochylili się do roboty. Pilnie udawali, że nic nie widzieli. Obawiali się bata. Kiedy okrutnik odszedł, żywo dyskutowali nad tym, co widzieli. Rozglądali się przy tym pilnie czy ich nie zauważy.
Mijały dni i lata. Zarządca dalej panoszył się, stając się coraz okrutniejszy. Pewnego dnia do wsi przywędrowała starowina. Osiadła w opuszczonej, walącej się ze starości, stojącej na uboczu chałupinie. Szybko dała się poznać jako babka zielarka. Ludziska zachodzili często po zioła, które bardzo pomagały na różne choroby i bóle. Zaczęto mówić, że zna się i na czarach. Pomagała często odbierać porody. Obawiano się jej i ufano.
Ona jedyna nie obawiała się szaleńca. Skwapliwie leczyła u ludzi rany zadane przez bat. Uśmierzała ból i dodawała otuchy.
Któregoś dnia zbierała na skraju lasu zioła. Miała już ich cały fartuch. Gdy przechodziła przez wieś zmęczona usiadła pod dębem. Wycierała spocone czoło. Miała słaby już słuch i nie usłyszała nadjeżdżającego zarządcy. Ten gwałtownie wstrzymał konia. Zeskoczył wściekły. Dopadł starowiny. Złapał za włosy i zaczął wlec do pnia. Kazał parobkom przykuć ją do drzewa. Schwycił bat i już, już miał ją wychłostać, gdy ta nagle wyprostowała się. Spojrzała z gniewem wielkim na niego i rzekła mocnym głosem:
- Bądź przeklęty po wieki! Okrutniku. Zabijałeś, batożyłeś, głodziłeś! Siałeś głód, ból i śmierć! Nie szanowałeś nikogo. Przeklinam Ciebie na wieki!... Przykułeś mnie do drzewa? Teraz ty po wiek wieków bądź uwięziony w drzewie!
Po tych słowach zniknęła zupełnie. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Zerwał się wiatr. Zaczął nabierać mocy zwijając się w trąbę. Wirował coraz szybciej i szybciej, wyjąc coraz głośniej, aż do ryku. Porwał oprawcę. Uniósł w powietrze. Pień drzewa otworzył się z hukiem. Wicher cisnął nim do środka.
Zarządca próbował wyrwać się potężnej mocy wrzeszcząc przenikliwie. Na nic się to zdało. Nogi wrastały mu w pień. Coraz bardziej łączył się z drzewem, które zasklepiało się na nim, więziąc go na zawsze. Na zewnątrz pozostała już tylko straszliwie wykrzywiona twarz. Zrastała się coraz bardziej i bardziej z dębem.
Tu mgła zaczęła rzednąć. Inne domy, inaczej ubrani ludzie oddalali się. Zanikali. Rozmywali w powietrzu. Słyszałam znowu zaczarowaną pieśń drzewa.
- Widzisz? Wiem, że ty ją widzisz. Jest tu we mnie. Czasem słyszę przeraźliwy krzyk. To on krzyczy. Myśli, że jak wszyscy mu przebaczą to będzie wolny. Oni już wymarli. Nie ma nikogo, kto podszedłby do jego twarzy i wybaczył, po prostu wybaczył. Po wieki będziemy już razem. Tym razem to i ja umieram. Może wtedy będzie wolny.
Poczułam lekkie dotknięcie do policzka.
- Kochanie, czy coś się stało? Stoisz tu tak długo. O czym tak myślisz?
Popatrzyłam nic nierozumiejącym wzrokiem na męża. Gdzie ja stoję? Gdzie ci ludzie? Jest jesień, a dopiero przecież był upał. Puściłam pień drzewa. Nic nie rozumiałam z tego co się wydarzyło. Spojrzałam w górę. Ta twarz tam była. Dąb zaszeleścił cicho liśćmi, jakby dawał mi znak, że zrozumiałam go właściwie. Odchodziłam powoli. W pewnej chwili odwróciłam się.
- Wiesz, ja to opiszę. Opowiem ludziom o tym nieszczęśniku. Może trafi się ktoś, kto będzie mu chciał wybaczyć. Bywaj!























